books, education, library-1850645.jpg

Wielkie oczy

„Jeśli zdarzy się nam spotkać na jakimś przyjęciu człowieka, który
przez całe swe życie wychowywał samego siebie- rzadki to okaz,
przyznaję, jednak spotyka się go czasem- wracamy do siebie
bogatsi wewnętrznie, zdając sobie sprawę, że jakiś szczytny ideał
na chwilę uświęcił nasze życie.”

Oscar Wilde

Jakiś czas temu natknęłam się na wypowiedź John’a Taylor’a Gatto- Nauczyciela Roku
stanu Nowy Jork, który twierdził, że „ (…) sieci takie jak szkoły nie są społecznościami, tak
jak tresowanie nie jest edukowaniem.” Za każdym razem, gdy spotykam na swej zawodowej
drodze dziecko, które patrzy na mnie wielkimi oczyma, a ich wielkość nie jest efektem
zdziwienia, odczuwam smutek i gniew. Smutek, z powodu tresury, która już odcisnęła na tym
młodym człowieku swoje piętno. Gniew, gdyż zdaję sobie sprawę, jak niewiele serc jestem w
stanie poruszyć pisząc. Z pewnością nie wywołam rewolucji, bo słowo pisane to nie miecz.
Chciałabym wywołać chociaż refleksję wśród tych, którzy trawią swoje życie na
wychowywaniu innych.
Weźmy choćby system edukacji. Już samo słowo „system” budzi niechęć i opór. Kojarzy się
bowiem z zasadami, normami, zakazami, mówiąc krótko z ograniczaniem tego, co każdej
ludzkiej istocie jest przyrodzone: kreatywności. William James napisał: „Fantazja nosi nazwę
reproduktywnej wtedy, gdy jedynie kopiuje, produktywnej- gdy zestawia elementy z
różnorodnych doświadczeń, tak że tworzą nowe całości.” Tymczasem z moich obserwacji
wynika, że kolejne pokolenia są coraz mniej produktywne i coraz bardziej odtwórcze. Zasada
„kopiuj- wklej” dotyczy większości sfer współczesnego życia, a w niektórych (w przestrzeni
edukacji) stanowi plagę. Myślę, podobnie jak kiedyś Astrid Lindgren, że zmiana tego stanu
rzeczy wciąż jest możliwa, a należy ją zacząć od początku, czyli od dzieci. „O tym, czy
dziecko będzie serdecznym, otwartym, ufnym człowiekiem umiejącym współżyć z innymi, czy
zimną, destrukcyjną, samotną istotą- decydują ci, którzy przyjmują dziecko do świata i uczą
co to jest miłość (…)” dodam jeszcze, że także swoją postawą pokazują czym jest miłość. Czy

w systemie szkolnym, który zabiera młodym ludziom 50% całego czasu, zamyka ich z innymi
młodymi ludźmi w tej samej przestrzeni, wyrywa z zadumy metalicznym dźwiękiem
dzwonka urywając w pół wypowiadane zdanie jest miejsce na poznanie tego, czym jest
miłość? Czy zmuszanie dzieci do myślenia o tym samym zagadnieniu, w tym samym czasie,
według tego samego schematu jest powodowane miłością? A ocenianie: dobrze- źle to
przejaw akceptacji i wyrozumiałości wobec prawa do popełniania błędów? Goethe napisał:
„Człowiek uczy się wszystkiego od tego, kogo kocha.”. Ilu uczniów lubi swoich nauczycieli?
Kto z nas – dorosłych z sympatią wspomina panią z przedszkola? A profesora z ukończonej
uczelni? Od najmłodszych lat jesteśmy, w dobrej wierze, wrzucani w tryby mechanizmu,
który wymuszając na nas tak zwany postęp, odbiera nam witalność. Wszyscy, dzieci,
nauczyciele, administratorzy, rodzice, wychodzimy z tych miejsc z poranioną godnością.
Jesteśmy jak rycerz Kato z utworu Astrid Lindgren „Mio, mój Mio.”, który nie wiedział, choć
czuł, że „(…) nikt nie nienawidził rycerza Kato tak bardzo, jak sam rycerz Kato.”
Wtedy jeszcze raz patrzę w te wielkie oczy i zaczynam dostrzegać to, co poczułam już w
pierwszej chwili. Świat rzeczy nieznanych i przerażających. Monstrualny świat dorosłych,
którzy tak długo żyją, tak wiele wiedzą. A co posiada taki maluch? Zaufanie, że ci dorośli
bezpiecznie przeprowadzą go przez ten świat i nauczą jak w nim żyć. I choć minęły dziesiątki
lat od czasów, gdy obecność książek pod każdą strzechą była tylko marzeniem, to nadal
aktualne są słowa owego marzyciela, który napisał: „(…) co dzień postrzegam, jak młódź
cierpi na tem,/ Że nie ma szkół uczących żyć z ludźmi i światem.” Z trwogą czytałam książkę
„Wielkie zatrzymanie.”, w której profesor Aleksander Nalaskowski przytacza wyniki ostatnio
prowadzonych badań: „Jednocześnie takie cechy jak zawiść, egoizm, czy roszczeniowość
lokują się bardzo wysoko w piramidzie cech charakteryzujących Polaków wedle nich
samych.” W kontekście wyników tych badań przyszłość następnych pokoleń, ale także moja
przyszłość nie maluje się w pastelowych barwach, bo co można wybudować spajając cegły
żółcią?
I wtedy znów patrzę w te wielkie oczy i rozumiem, nareszcie rozumiem to, co poczułam już
w pierwszej chwili. To strach. Strach, że ktoś wie, że on nie wie, że ktoś będzie oczekiwał, iż
on będzie coś wiedział. A kiedy już otworzy usta po okresie mylącego mnie milczenia,
próbuje zagadać swój lęk powtarzając zasłyszane w telewizji lub w Internecie banały, usiłując
sprawiać wrażenie, że to jego autorskie przemyślenia i wnioski. Potem ta „nowomowa”
przeradza się w krzyk, którym próbuje zagłuszyć wstyd, bo przecież nie jest głupi i wie, że
nie potrafi czytać, pisać ani się wysłowić. Ostatecznie jego ton staje się pretensjonalny. A

wszystko po to, by za wszelką cenę udowodnić, by przekonać, nie, nie mnie, samego siebie,
że niczego, nikogo się nie boi, choć cały drży ze strachu. Dlatego nieustannie zajmuje ręce
smatfonem i coraz niżej pochyla głowę choć czuje się tak, jakby jakaś niewidzialna siła
kazała mu przyjąć tę postawę uniżoności i uległości. A to, co się dzieje dziś na ulicach jest
emanacją jego rozedrganego, pozlepianego z różnych strzępów wnętrza.
Po raz kolejny patrzę w te wielkie oczy i docieram do źródła. Widzę w nich małą
dziewczynkę lub małego chłopca niczym nieskrepowanych, zadającących mnóstwo pytań,
radosnych, skaczących, z wielkimi oczami, którymi pochłaniają piękno i złożoność
otaczającego ich świata. Od tego patrzenia zaczynają mi łzawić oczy. Obraz staje się coraz
bardziej rozmyty, coraz mniej ostry. Pozostaje świadomość, że „najważniejsza wiedza o
dzieciach ukryta jest w nas samych.”.

12 stycznia 2021